#70latWozowni | W rozkręceniu. Rozmowa z Małgorzatą Jankowską

 

Jak zaczęła się twoja współpraca z Wozownią?

Z galerią Wozownia zaczęłam pracować właściwie z biegu – w momencie, kiedy wróciłam do Torunia po kilkuletnim pobycie w Krakowie i pracy w Bunkrze Sztuki. Już tam zaczęłam organizować i kuratorować programy niewystawowe, dodatkowe. Programy, które miały żywą konstrukcję spotkań, mniejszych wystaw, wykładów, różnego rodzaju imprez o szerokim, otwartym charakterze, także edukacyjnym. Miały one na celu zapoznanie publiczności z różnymi aspektami sztuki nowych mediów, relacjami pomiędzy sztuką a technologią, czy też sztuką, która wykorzystuje inne, zupełnie nieprzewidywalne środki wyrazu.

To krakowskie „rozkręcenie” spowodowało, że intuicyjnie – przyjeżdżając do Torunia i zaczynając studia doktoranckie – pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było to, żeby poszukać miejsca dla siebie. Próbowałam na nowo „zainstalować się” w Toruniu. Wiedziałam, że nie wystarczy mi tylko studiowanie, ale dobrze byłoby też tę moją energię, która wtedy była dosyć duża, spożytkować. Czułam, że jeszcze chcę się czegoś nauczyć, spróbować coś zrobić. Znałam wcześniejsze BWA i wiedziałam, że jest tu teraz galeria Wozownia, że tutaj toczy się życie artystyczne i dzieje się coś ciekawego. I właściwie tak z ulicy, z biegu, na początku 2000 roku umówiłam się na spotkanie z panią dyrektor Anna Jackowską. Powiedziałam, że mam propozycję, że chciałabym porozmawiać o nowym programie. Miałam koncepcję, ale nie miałam pewności, czy to jest to miejsce, czy galeria będzie zainteresowana programem pozawystawienniczym. Ale się udało. Moja współpraca z Wozownią była więc przypadkiem – szczęśliwym przypadkiem. Fantastyczne było to, że po tym spotkaniu z Anną Jackowską, jakoś wszystko się samo potoczyło. To była – przynajmniej tak to wygląda z mojej strony – „miłość od pierwszego wejrzenia”. Poczułam w czasie tej pierwszej rozmowy, że rzeczywiście coś dobrego się wydarzy. To wszystko odbyło się w sposób prawie natychmiastowy: wyszłam  ze spotkania jako kuratorka współpracująca. Teraz sobie uświadomiłam, że to było dokładnie dwadzieścia lat temu…

 

Jak wyobrażałaś sobie ten program realizowany w Wozowni? Co zaplanowałaś?

Od razu wiedziałam, że to będzie program żywy, płynny, że będzie prowadzony różnymi tropami. Interesowały mnie krótkie spotkania, małe formy, jednorazowe wydarzenia popołudniowo-wieczorne, jedno-, dwudniowe, żeby nie były za intensywne. Chciałam, żeby były kwintesencją żywości sztuki, aspektu, który mnie najbardziej interesował. Zaproponowałam, żeby przedstawić tu problemy z zakresu nowych mediów i filmy artystów, sztukę wideo. Byłam ogromnie zaskoczona i szczęśliwa, że te propozycje były tak ciepło odbierane. Przychodziło tu sporo ludzi i to było zaskakujące, że jest takie zainteresowanie w odpowiedzi na hasła, które czasami coś mówią, czasami nie. Przez galerię przewijały się nie tylko znane nazwiska, zapraszaliśmy również młodych ludzi. Bardzo chciałam, żeby w moim programie znalazło się wielu debiutujących artystów, nawet studentów, którzy zaczynają swoją drogę, pracę z instytucjami. Chciałam, żeby ta współpraca była dla nich rodzajem sprawdzianu i dawała możliwość zobaczenia, jak się to wszystko odbywa, uczestniczenia w wydarzeniu od początku do końca, czyli przejście procesu – od deklaracji, poprzez przygotowania, po prezentację przed widzami. Galeria była więc ich miejscem próby – pierwszego zetknięcia się z publicznością – ale też spotkania z instytucją.

 

Zaczęłaś od PresentAkcji.

Pierwsze spotkania, jakie zorganizowałam w Wozowni, to były spotkania z teoretykami, mające wprowadzić odbiorców w tematy, które będziemy dalej poruszać. To miał być też rodzaj wykładów suplementarnych, poszerzających troszkę program uniwersytecki. Jednym z pierwszych badaczy, jakich gościliśmy, był prof. Ryszard Kluszczyński. Spotkanie z nim było punktem, który poprowadził nas dalej do innych kuratorów i teoretyków, zajmujących się sztuką wideo, sztuką nowych mediów. Naszymi gośćmi byli potem Piotr Krajewski, wykładowcy różnych polskich akademii, np. Marek Krajewski, czy artyści z programami autorskimi, które prezentowały ich dokonania: Alicja Żebrowska, Dominik Lejman czy CUKT. Miało to służyć przedstawieniu pewnej mapy, panoramy sztuki nowych mediów w Polsce. Zależało nam na łączeniu teorii i praktyki – tych, którzy pisali i interpretowali, starali się jakoś teoretycznie to zjawisko rozpoznać jeżeli chodzi o grunt polski, oraz twórców, którzy mówili o tym, jakie były realia pracy artysty, wykorzystującego nowe technologie, jakie były ograniczenia, jakie zyski można było czerpać z nowego narzędzia, jak się je poznawało, jak się je w Polsce rozumiało. To były spotkania żywe, mające bardzo różny charakter, zależny od temperamentu i wewnętrznej energii mówiącego. Pokazywały one wielką różnorodność, ale równocześnie to, że sztuka nowych mediów powstaje z wielkiego zamiłowania i oddania. Okazywało się, że kamera rzeczywiście jest takim narzędziem, które artyści cały czas mają pod ręką, i że badacze zajmujący się tymi tematami, są im bardzo wierni. Ten zapał – to było fantastyczne! Myślę, że to się też udzielało i nam, i odbiorcom, bo rzeczywiście widzów było zaskakująco dużo. Dla nas to były wielkie zaskoczenia i radości z tego, że ta sztuka rzeczywiście komuś coś daje, że artyści nie robią jej tylko dla siebie, i że znajdują się osoby, które z tego coś wyciągają.

 

A jak pojawił się pomysł na Spotkania Pracowni?

Na początku mojej obecności w galerii pomyślałam, że dobrze byłoby zainicjować jakąś formę wydarzenia, które mogłoby zaprezentować twórczość młodych ludzi – studentów i osób, które dopiero wchodzą w przestrzeń sztuki i mają jakieś ciekawe propozycje. Pomyślałam też, że dobrze byłoby zobaczyć, co ci ludzie robią, bo twórczość młodych artystów była jeszcze na tyle obudowana instytucjami, w których się uczyli, że dostęp tam nie zawsze był możliwy. To był początek lat 2000., więc nie było w Polsce wiele takich imprez, które interesowałyby się sztuką nowych mediów, oczywiście poza Wrocławiem, gdzie inicjowano takie spotkania młodych artystów. Pomyśleliśmy, że Toruń – jako że jest dosyć dobrze usytuowany – będzie dobrym miejscem dla spotkań osób pracujących z nowymi mediami. Będzie im łatwo tutaj dojechać, a jednocześnie na tyle byliśmy przygotowani na organizację tego typu wydarzeń – myślę głównie o sprzęcie, co nie było wtedy takie oczywiste – że mogliśmy spróbować. To było wyzwanie, to nie było takie proste, ale galeria Wozownia razem z Wydziałem Sztuk Pięknych miała wystarczające zaplecze, żeby wspólnymi siłami zbudować dwudniowe, multimedialne wydarzenie. Mając pewność, że damy radę, postanowiliśmy organizować spotkania – nazwałam to dosyć prosto Spotkania Pracowni – które trwały dwa dni, później trzy. Były połączone z warsztatami, prezentacją działalności młodych ludzi, najczęściej konfrontowaną z przeglądem twórczości dojrzałych artystów. Chodziło nam też o stworzenie relacji międzypokoleniowej, przestrzeni, gdzie te różne czasy i różne doświadczenia mogą się spotkać.

Pojawiały się u nas pracownie intermedialne czy nazywające się inaczej, ale wprowadzające technologię w swoją specyfikę programową. Zapraszaliśmy i prowadzących, i studentów-reprezentantów. Pracownie miały też szanse zobaczyć, co się dzieje u innych, równolegle. Nie było żadnych wytycznych, może tylko poza wskazaniem, żeby pokazywać prace nowsze, zrealizowane w okresie ostatnich dwóch lat. Toruński Wydział Sztuk Pięknych był naszym gościem numer jeden, a do tego Poznań, Gdańsk, Kraków, Wrocław, Katowice – te składy się raczej nie zmieniały, bo takie mamy uczelnie. Okazjonalnie dopraszaliśmy inne osoby, które uważaliśmy, że dobrze byłoby mieć w naszym gronie. Spotkania poświęcone były sprawom stricte pracownianym, więc najczęściej brali w nich udział wykładowcy. Prosiłam o przedstawienie specyfiki pracowni, określenie tego, na czym pracowni zależy, jakie są plany, w jaki sposób ta pracownia funkcjonuje, w jakim kierunku podąża program. Spotkania interesowały przede wszystkim nas, wykładowców, były próbą nawiązania kontaktu, ale miały też wspomóc studentów w dokonywaniu wyborów. Teraz istnieją różnego rodzaju programy wymiany, można przechodzić z pracowni do pracowni, ale kiedyś nie było to takie popularne, choć się zdarzało – Angelika Fojtuch była właśnie przykładem studentki, która dryfowała między Poznaniem a Gdańskiem. W Wozowni gościła kilka razy. Zależało mi na tym, żeby ośmielić też innych studentów do dokonywania takich ruchów jeszcze w ramach studiów i pokazać im, że świat sztuki jest pełen możliwości, ale trzeba go poznać i się go nauczyć. Te Spotkania miały więc też charakter edukacyjny i wspierający. Były też próbą – pewnie utopijną – skonsolidowania pracowni intermediów, pokazania, że jesteśmy silną grupą, która ma wiele do zaproponowania. Cała ta inicjatywa spotkała się z pozytywnym feedbackiem ze strony przyjeżdżających tu profesorów – prof. Izabella Gustowska, prof. Grzegorz Klaman czy prof. Artur Tajber bardzo mnie wspierali i przekonywali, że kolejna edycja musi się odbyć, że oni widzą sens przyjeżdżania w inne miejsce, pozbawione uczelnianej atmosfery, i spotykania się na neutralnym gruncie.

 

Oprócz tego, że pracownie mogły się zaprezentować i spotkać, a ich przedstawiciele wziąć udział w pokazach innych artystów, studenci mieli też szansę czegoś praktycznie się nauczyć. Opowiedz, proszę, o aspekcie warsztatowym Spotkań. Interesuje mnie zwłaszcza współpraca z Christopherem Halesem.

Wielkim osiągnięciem Spotkań Pracowni było to, że udało nam się zaproponować w jednej z edycji warsztaty realizowane wspólnie z Wydziałem Informatyki UMK. Zrobiliśmy trochę inne przemieszanie – zderzyliśmy ze sobą studentów informatyki i studentów pracowni intermedialnych. Prowadzącym warsztaty był Chris Hales, brytyjski artysta, który zajmuje się filmem interaktywnym. To były warsztaty dedykowane właśnie temu tematowi. Studenci sztuki, wspierani przez studentów informatyki, w czasie kilku dni warsztatów nauczyli się bardzo prostych metod realizacji i wprowadzania elementu interaktywnego do filmu. Myślę, że to było ciekawe doświadczenie dla obu stron. Bardzo interesowało mnie zwłaszcza, co studenci informatyki będą mieli do powiedzenia na ten temat. Pokazało mi to, że rzeczywiście taka praca w zróżnicowanych, mieszanych zespołach daje niebywałe możliwości i wzbogaca jedną i drugą stronę. To, że te warsztaty się odbyły uważam za osobisty sukces, dlatego, że w dzisiejszej sztuce nowych mediów – tym może niezbyt zręcznym określeniem będę się dalej posługiwała – praca w poszerzonych zespołach jest bardzo ważna. Na warsztatach powstały fantastyczne prace, które zaskoczyły nas wszystkich. Okazuje się, że w tak krótkim czasie można było się sprężyć i zrobić bardzo dojrzałą pracę, i to trudną technicznie. Bo chodzi nie tylko o czas, ale i umiejętności i chęci.

 

Skrzyżowanie sztuki i technologii to główny obszar, wokół którego oscylowały Spotkania Pracowni, ale w to wszystko wplecione były np. także miniwystawy czy performance.

Te pozytywnie konfrontacyjne sytuacje, jakimi były Spotkania, miały dosyć rozbudowaną formę, bo program zakładał, że będą odbywać się kilkugodzinne pokazy poszczególnych pracowni, ale także, małe, kilkudniowe wystawy, które robiliśmy na miejscu bez większego przygotowania, zaplecza, czasu. Był to rodzaj wprawki dla studentów – co prawda przyspieszonej pracy, ale jednak pracy nad wystawą. Organizowaliśmy też performance, np. Angelika Fojtuch realizowała tu jedno ze swoich wczesnych wystąpień.

 

Przez jakiś czas równolegle realizowałaś też w Wozowni inicjatywę pod nazwą Jeden Dzień Dla Performance.

Doświadczenie performance – wyniesione jeszcze z Krakowa – było dla mnie bardzo ważne i wiązało się z wielką energią, jaką performance emanuje, jego żywością. Jeden Dzień Dla Performance to były bardzo intensywne spotkania z polskimi performerami z różnych pokoleń. Gościliśmy i młodszych, i starszych artystów – to było ważne. Co było też istotne to to, że oni rzeczywiście „zderzali się” ze sobą i te „kolizje” gwarantowały sukces. Świetnie wpisaliśmy się też w dyskurs, czy festiwale performance mają sens. Pamiętam dyskusję w pierwszej połowie lat 2000., czy idea bardzo nasyconych dni festiwalowych się przy tej formie sztuki sprawdza, czy publiczność wytrzymuje takie napięcie i tę energię, która się z performance wytacza, czy tego rzeczywiście nie jest za dużo. Ale pamiętam, że przy całej tej intensywności ludzie cały czas byli z nami. Pamiętam duet Kaźmierczak & Rybska, który zaskoczył nas niebywałymi efektami i zmusił do czasowego przerwania imprezy. Performance był bardzo organiczny i spowodował, że zadymienie i zapach były nie do wytrzymania i trzeba było zmienić rytm wydarzeń. Ale publiczność czekała cierpliwie. Pamiętam tłumy na działaniach Artura Tajbera, Wojtka Jaruszewskiego czy Wojtka Kowalczyka, który dosłownie nie miał dla siebie miejsca wśród publiczności. Ale była w tym też bliskość, bardzo istotna dla artysty.

 

Rozmawiałyśmy dotychczas przede wszystkim o twoim rozbudowanym programie różnych działań – wykładów, spotkań, festiwali – ale wystawy przecież też w Wozowni organizowałaś.

Zrealizowałam w Wozowni sporo wystaw. Gdyby próbować je uporządkować, można byłoby podzielić je na dwie grupy. Moim „dzieckiem” był projekt Laboratorium Sztuki, który stworzyłam myśląc o przestrzeni galerii. Teraz dokonało się tu wiele transformacji, ale wcześniej istniały pomieszczenia nie do końca „chciane” albo niemające określonej tożsamości. Wykorzystałam więc potencjał przestrzeni niejasnych, nieoczywistych. Jedno z nich było – z tego, co pamiętam – sklepikiem. Właściwie nie było wykorzystane do celów prezentacji sztuki, ale miało niebywały potencjał niejednoznacznej architektury: niby symetrycznej, ale niesymetrycznej… Coś z nim było ewidentnie „nie tak”. Gdy zmieniło się nastawienie do tego miejsca, okazało się, że daje ono niebywałe możliwości, daje się aranżować w ciekawy sposób. Była to niewielka przestrzeń, oddzielona od reszty galerii szklaną ścianą – trochę może biurową – ale uznałam, że to nam w ogóle nie przeszkadza, a potencjał tego „akwarium” warto wykorzystać. Stała się ona rodzajem „laboratorium” oddawanego do zagospodarowania młodym artystom. Dostawali oni pomieszczenie, które dało się dosyć łatwo opanować i organizacyjnie, i koncepcyjnie, bo prościej było pracować tu niż na wielkiej skali. Były to projekty, które „wchodziły” w tę konkretną strukturę – nie chodziło mi o odgrzebywanie historii, ale wpisanie się w ten niejednoznaczny kształt, tę niejednoznaczną wielkość, wszystkie te elementy, które były naddatkiem. To była zdeformowana architektonicznie przestrzeń, pełna klamek czy okien w dziwnych rozmiarach. Uznałam, że w tym całym niedopasowaniu będzie siła.

 

Jaki był klucz doboru artystów zapraszanych do Laboratorium?

Dbaliśmy o to, żeby w Laboratorium Sztuki pojawiało się sporo artystów z naszego Wydziału Sztuk Pięknych, ale to nigdy nie było priorytetem. I tu zgodziłabym się z dyrektorką Anną Jackowską, z dystansem podchodzącą do kwestii lokalności, glokalności, centrum i peryferii. Programem Laboratorium udowadnialiśmy, że zależało nam na tym, żeby pokazywać po prostu ciekawe rzeczy. A gdzie, w jakim miejscu te pomysły powstawały i gdzie ci artyści byli osadzeni, to była kwestia drugorzędna.

 

A konkretne projekty, które szczególnie zapadły ci w pamięć?

Jedną z wystaw, którą kuratorowałam w tej przestrzeni, była wystawa Oli Sojak-Borodo Szaleństwo drukarki. Całe ściany założone były tapetami zadrukowanymi błędami, które drukarka z siebie wypluła. Artystka uznała to za ważny, ciekawy motyw – wirus, który ulokował się w całej przestrzeni i wypełniał ją po brzegi… Poza tym były wystawy Agaty Dworzak, Mateusza Fahrenholtza, Mateusza Kuraka, Angeliki Fojtuch, Jadwigi Sawickiej… Każdy z artystów i artystek zaproponował dla swojej prezentacji trochę inną formułę. Nie zawsze było tak, że wchodziliśmy do pomieszczenia i oglądaliśmy wystawę. W przypadku Angeliki Fojtuch musieliśmy „podglądać” wystawę z perspektywy leżącej, a więc było to zupełnie inne podejście do odbioru sztuki. Z kolei Mateusz Fahrenholtz kazał nam oglądać wystawę z zewnątrz, właściwie zza zamkniętych drzwi, jakbyśmy podziwiali jakieś bardzo cenne, opancerzone dzieło. Myślę, że takie podejście artystów nadawało tym prezentacjom szczególny charakter – nie były powtarzalne, szablonowe, schematyczne. Za każdym razem zaskakiwały.

Do ważnych należała też wystawa Elizy Galey z Lublina. Prawie nie było jej widać, trzeba było ją poczuć, bo obrazy/pocztówki z Torunia były przygotowane techniką brajla i przyklejone do ściany jak bordiura. Artystka wykorzystała alfabet Braille’a, aby na jego podstawie stworzyć rysunki ukazujące toruńskie zabytki. Udało się przy okazji tej wystawy zaprosić do galerii osoby niedowidzące i dowiedzieć się, czy taka propozycja, taka forma percepcji coś im daje. To było ciekawe doświadczenie, również dla nas. Otworzyło to u mnie inne myślenie o odbiorze sztuki i sprowokowało do przygotowania innej wystawy… I tu zarysowuje się drugi nurt mojej działalności w Wozowni, „pozalaboratoryjny”.

 

 

Zamieniam się w słuch…

Wystawa, o której mówię, miała być do oglądania, ale także do odbioru sensualnego, różnymi zmysłami, głównie węchem. To było wejście w sferę poszerzonej percepcji sztuki, poczucia jej w inny sposób niż wzrokiem. Mówię o wystawie Słodycz i zwątpienie – jednej z niewielu wystaw problemowych, jakie zrobiłam w Wozowni. Gdy teraz patrzę w przeszłość, widzę że specjalizowałam się raczej w pokazach solowych, nie monograficznych, ale akcentujących pewien moment twórczości artysty…

Słodycz i zwątpienie była dla mnie ciekawym doświadczeniem, przede wszystkim w kontekście walki z materią, jaką była czekolada. Z jednej strony było to fantastyczne medium: słodkie, przyjazne, ale z drugiej strony także niebezpieczne, trudne do pracy, jeśli myślimy o robieniu sztuki. W kontekście tej wystawy znów wrócę do Oli Sojak, bo ona również pokazywała na niej swoją pracę. Przedstawiła nam realizację monumentalną, w której przygotowanie była zaangażowana cała galeria – wszyscy, cały zespół. Przecież nie jest tak, że wystawy powstają tylko i wyłącznie jako praca artysty czy kuratora – powstają jako wysiłek wielu osób, bez których pewnych projektów nie udałoby się po prostu zrealizować. Praca z materią sztuki zakłada też pewne ryzyko i trudności, które pojawiają się na bieżąco. Słodycz i zwątpienie była taką problematyczną wystawą – „przerobiliśmy” kilkadziesiąt kilogramów czekolady w ciągu tygodnia – i wymagała od artystów dużego nakładu pracy, żeby to medium dobrze poznać. Ale efekt był niesamowity. Wystawa zaczynała się na długo przed wejściem, czekoladę czuć było już w holu. Była czymś bardzo nieoczywistym, bo włączała naszą naturalną skłonność do odbierania świata za pomocą węchu – zmysłu, który jest zmysłem pierwszym, wyprzedzającym wszystkie inne.

 

Wspomniałaś, że specjalizowałaś się w wystawach indywidualnych. Dlaczego?

Uwielbiam solowe wystawy artystów, artystek, bo daje mi to komfort pracy jeden na jeden, rozmowy, skoncentrowania się na projekcie, na tym co mamy pokazać, jak… Fenomenalne wystawy Doroty Chilińskiej, Lubomira Franczaka, Izabelli Gustowskiej, Anki Płotnickiej – to były za każdym razem inne doświadczenia i mam nadzieję, że były one ciekawym wejściem w konkretny „moment” tych artystów. To nie były retrospektywy, ale prezentacje zagadnień, wokół których artyści wtedy krążyli. Zazwyczaj były to wystawy realizowane dla Wozowni, tzn. przynajmniej część z prac powstawała w kontekście przestrzeni galerii. I to jest też wielka radość, że można przy takiej okazji wspomóc proces tworzenia. Lubię takie wystawy, lubię w tym uczestniczyć.

 

A z zespołem Wozowni jak Ci się pracowało? Jak wspominasz to miejsce?

Galeria nie była dla mnie zwykłym miejscem, gdzie przychodziłam z okazji wystaw. To było takie „moje miejsce” w Toruniu, do którego wróciłam po kilku latach nieobecności. Cały zespół był dla mnie wielkim wsparciem, nie tylko w pracy nad wystawami, ale stał się także towarzyszem mojego życia, tych pierwszych ośmiu lat po powrocie. Kiedy debiutowałam jako kuratorka, Jan Grabiało [wicedyrektor Galerii Sztuki Wozownia – przyp. red.] bardzo mocno mnie wspierał, był bardzo pomocną osobą. Ale również Tomek [Juda] z ekipy technicznej, który wymyślał fenomenalne rozwiązania dla pomysłów artystów. Cały zespół pomagał w najdrobniejszych rzeczach… Trzeba powiedzieć, że ta atmosfera była zazwyczaj bardzo pozytywna, a przecież produkcja wystawy jest stresującym, trudnym momentem dla wszystkich – mobilizuje, ale również generuje porażki, coś się nie udaje. Nie powiem, że bycie kuratorem jest zawodem wysokiego ryzyka, ale jest to zajęcie wymagające. W Wozowni jednak zawsze udawało się zrobić wystawę na czas i zawsze to był wspólny wysiłek i wspólny sukces. A bez otwartości i zaufania Anny Jackowskiej – jako osoba bez wielkiego doświadczenia, bo przecież moja praca w Bunkrze Sztuki trwała dość krótko – nie miałabym szansy dostać tu swojej „działki” do zagospodarowania. Praca w Wozowni była dla mnie poligonem, sprawdzającym to, co umiem, czy jestem w stanie zorganizować to, co sobie zaplanuję. Te pierwsze lata były fenomenalne, bardzo intensywne. Niesamowite jest to, że mija już dwadzieścia lat od mojego pojawienia się tutaj… Współpracuję jeszcze z galerią, nie jest to już takie intensywne jak na początku, mnóstwo rzeczy się w międzyczasie zmieniło, ale cały czas czuję, że mam zielone światło, że mogę tutaj przyjść, mogę coś zaproponować i mogę coś zrobić. I jeżeli będzie taka okazja, to z tego zielonego światła skorzystam.  

 

Rozmawiała Dorota Chilińska

Transkrypcja i redakcja: Natalia Cieślak

 

Share
wróć